Przemyślny sposób na naukę języka rycerza z La Manchy – czyli słów kilka o coachingu językowym z punktu widzenia nauczyciela języka

Numer JOwS: 
str. 92

Nauczyciel nie lubi zmian. Spróbuj powiedzieć mu, żeby coś zmienił w swoim warsztacie… zmieni, ale siebie w bestię. To oczywiście krzywdzące uogólnienie, bo znam setki nauczycieli nastawionych na rozwój. Ale są wśród nas też tacy, którym zmiana kojarzy się z czymś karkołomnym i z góry skazanym na niepowodzenie. A wystarczy przypomnieć sobie, jak wyglądała nasza rzeczywistość 30 lat temu. Czy formy dydaktyczne stosowane wówczas są równie skuteczne dziś? Jest to oczywiście pytanie retoryczne. Aby kształcenie językowe było efektywne, rola nauczyciela musi ulec transformacji. Coaching językowy jest próbą dopasowania sposobów i technik nauczania języka obcego do złożonej rzeczywistości.

Pobierz artykuł w pliku PDF

Uczę języka hiszpańskiego. W Polsce język ten kojarzony jest przede wszystkim z Hiszpanią, na czym cierpi, dziesięciokrotnie większa niż kraj Cervantesa, część świata, posługująca się tym językiem. Idąc tropem tego pierwszego skojarzenia, należy tuż za Hiszpanią „wyświetlić” kolejne samonarzucające się kadry: wino i plaża, Carmen na byku, Almodóvar tańczący flamenco i piłkarze dryblujący przerośniętą zieloną oliwką. Nauczyciele hiszpańskiego od lat zmagają się z tymi stereotypami, które – z jednej strony – są nośnikiem tego, co egzotyczne i przyciągające, a z drugiej – ograniczają i szkodzą. W tym roku obchodzimy 400. rocznicę śmierci Cervantesa i choćby z tego powodu warto spróbować lepiej poznać język hiszpański i Hiszpanię.

Słów parę o różnych motywacjach

Co mają stereotypy związane z Hiszpanią do coachingu językowego? Właściwie tyle co toruński piernik do kastylijskiego wiatraka. Dlaczego więc zaczynamy od skojarzeń? Są one bardzo ważne na etapie określenia celu nauki. Uczenie się języka hiszpańskiego w Polsce jest podyktowane bardzo specyficznymi motywacjami, zaczynając od stereotypowej egzotyki, przez specyficzny ciąg myślowy: skoro w Hiszpanii jest ciepło, a ludzie wyluzowani, to ucząc się hiszpańskiego – tak właśnie, chociaż trochę, się poczuję; po potrzeby indywidualne: wyjazd do pracy, narzeczony z Hiszpanii czy chęć zrozumienia, o czym śpiewa Violetta. Wbrew pozorom, niewiele osób poważnie zastanawia się nad tym, dlaczego i po co chce uczyć się nowego (czytaj: innego niż angielski) języka.

Proponuję spojrzeć ogólniej i bardziej neutralnie na naukę języka obcego. Tak jak traktujemy naukę jakiejkolwiek innej umiejętności: na przykład jazdy na rowerze czy pływania. Pozbywając się skojarzeń popkulturowych (plaża, piłka nożna czy nawet Cervantes), łatwiej jest potraktować język jako narzędzie samo w sobie. Bo narzędzie – w kontekście mówienia o coachingu językowym – obok takich pojęć, jak motywacja i cel, to słowo-klucz.

Siła motywacji

Kiedy ktoś pyta mnie, do czego porównałbym naukę języka obcego – to pierwszym, jakże banalnym i – paradoksalnie – trafnym, skojarzeniem jest droga. Droga pojmowana dosłownie, ale również jako proces. Co znajdziemy na jej początku?

Kursy językowe. To pierwsze skojarzenie z nauką języka obcego. Doskonale pamiętam, jeszcze w latach osiemdziesiątych, naukę angielskiego na sobotnim kursie. Pomimo braku podejścia metodycznego i dobrych podręczników, przy zacinającym się magnetofonie i z setkami automatycznie wykonywanych ćwiczeń – wystarczało mi zaparcia i motywacji, by co tydzień przychodzić na kurs i regularnie odrabiać prace domowe. Do głowy nie przyszłoby mi zrezygnować. Szary zeszyt, jeden długopis, monochromatyczny podręcznik i składana w kostkę reklamówka wielokrotnego użycia – to był mój ówczesny „zestaw startowy”. Do tego siedzący przez 90 minut za biurkiem lektor, z rzadka podnoszący do góry głowę. Dlaczego zatem wystarczyło mi siły, by wytrwać i po dziś dzień mieć kontakt z tym językiem i ciągle doskonalić jego znajomość? Przenieśmy się w czasie – z lat osiemdziesiątych do teraźniejszości. Jaki jest „zestaw startowy” statystycznego ucznia dziś? Kolorowy zeszyt z zakładkami lub – coraz częściej widzę to na zajęciach – tablet, znikopis, nowoczesny podręcznik z dostępem do platformy online z mnóstwem ćwiczeń i kanałem wideo na YouTube, kolorowy plecak lub markowa torba. Do tego lektor skaczący po ławkach i przeskakujący z jednego ćwiczenia do drugiego: byle było ciekawie, angażująco, nudzie mówimy „nie”! Wysoki poziom interakcyjności i dynamika zajęć kluczem do sukcesu językowego każdego ucznia! I co? I nic – każda szkoła boryka się z rezygnacjami uczniów, każdy nauczyciel wymyśla coraz to nowe strategie radzenia sobie z brakiem uwagi ucznia. Porównajmy te dwie sytuacje: z jednej strony – brak zaplecza, kiepskie metody nauczania, ale wysoka motywacja, z drugiej – multimedia, świadoma, wykształcona kadra i ciągła walka z motywacją ucznia, a raczej jej brakiem. Od ponad dziesięciu lat w szkole, w której prowadzę zajęcia z hiszpańskiego, zastanawiamy się, co zrobić, co udoskonalić i zmienić, by chociaż trochę zbliżyć się do językowego Eldorado, czyli do sytuacji, z której każdy wychodzi wygrany: nauczyciel ze świadomością, że jego praca i staranie nie poszły na marne, uczeń – z odpowiednią wiedzą, odwagą i swobodą językową, tak potrzebnymi do skutecznego komunikowania się. I dopiero zgłębiając temat coachingu językowego, doznaliśmy w pewnym sensie olśnienia.

Coach i coaching językowy

Słowa coaching nie znajdziemy w słowniku Real Academia Española (RAE)[1]. Dlaczego? RAE stoi bowiem na straży czystości języka hiszpańskiego. Dlatego polscy uczniowie uśmiechają się pod nosem, słysząc na lekcjach słowo ordenador – komputer czy perrito caliente – hot dog (dosł. „gorący piesek”). Dlaczego zatem słowo coaching nie doczekało się jeszcze żadnego ekwiwalentu w języku hiszpańskim? Może dlatego, że nie funkcjonuje jeszcze na tyle mocno w różnych sferach życia, żeby zasłużyć na hiszpańską nazwę? A może dlatego, że zjawiska i trendy pochodzące z innych kultur pozostają nieprzetłumaczone właśnie po to, by wskazać na ich zewnętrzny, chciałoby się powiedzieć – obcy – charakter. Dlatego mówienie o coachingu w języku hiszpańskim może być pojmowane jako próba wprowadzenia do zbioru skojarzeń z tym językiem elementu obcego, nieprzystającego i niepotrzebnego, czegoś na kształt zestawienia surrealistycznego. Nic bardziej mylnego!

Jeszcze klika lat temu proponowaliśmy szablon: albo się dostosujesz do naszych metod, wymagań, know-how – albo nic z tego nie wyjdzie. My uczymy tak, a my tak, u nas ważniejsza jest gramatyka, a my cię nauczymy mówić. To, co w naszej szkole proponujemy dziś uczniom, w dużym stopniu cyfrowym tubylcom (Prensky 2001), funkcjonującym w często niezrozumiały dla nas sposób, jest odwzorowaniem rzeczywistości, do której są przyzwyczajeni. Rzeczywistości nierzadko wirtualnej, zmiennej i dynamicznej. Ktoś powie: Ale ja również używam podkastów, mam w zestawie kilka internetowych narzędzi językowych, tablica multimedialna to standard na mojej lekcji. Z pewnością, ale często brakuje w tym podejścia opartego na metodyce i właściwej analizy potrzeb ucznia. A wówczas wkrada się chaos, który w nauce języka jest potrzebny jak… rybie rower. Dlatego wobec mnogości rozwiązań i możliwości musimy przewartościować rolę nauczyciela języka obcego i pomyśleć nad jego transformacją w coacha językowego. Jeżeli – podobnie jak ja – ktoś nie przepada za tym określeniem, może nazwać go po swojemu: trenerem, moderatorem czy nawet facylitatorem. Terminologia jest drugorzędna. Najważniejsze jest zrozumienie nowej funkcji dydaktycznej i tego, na czym ma ona polegać.

Istota zmiany

To my musimy się dopasować. To my musimy się zmienić. I zadać sobie trud „zajrzenia” do głowy ucznia i zbadania jego potrzeb, silnych stron, czynników, które go motywują, ale także zidentyfikowania tego, co przeszkadza mu utrzymać motywację i skoncentrować się na osiągnięciu celów. Zapyta ktoś: jak mam to zrobić w trzydziestoosobowej klasie? Nikt nie mówi tu o indywidualnym podejściu – takie jest możliwe jedynie w małych grupach. Ale zrozumienie procesów ułatwi nam zarządzanie także większą grupą uczniów. Aby możliwe było choć częściowe zrozumienie tego, jak nasz uczeń przetwarza i interpretuje rzeczywistość, sami najpierw musimy dojrzeć do zmiany.

Jak to osiągnąć? Po pierwsze, trzeba odczuć dysonans poznawczy: różnicę między tym, jak widzieliśmy sami siebie w roli nauczyciela dotychczas, i jak powinna ta rola wyglądać po zmianie. Stan taki powinien wywołać napięcie motywacyjne, które katalizuje energię potrzebną do wprowadzenia zmiany. Następnie warto sięgnąć po kilka książek, zasubskrybować blogi (polecam bardzo przydatne narzędzie do grupowania blogów: feedly) lub kanały podkastowe (tu niezastąpiony jest iTunes). Zapytajmy też uczniów, co jest dla nich ważne i co ich motywuje do pracy. Wystarczy wyjść ze swojej strefy komfortu. Przestać trzymać się kurczowo rutyny i przyzwyczajeń.

Zrozumienie siebie i otoczenia oraz określenie jego cech charakterystycznych to pierwszy krok na drodze do uświadomienia sobie, na czym ma polegać coaching językowy. Kolejny etap to dokształcenie się w problematyce rozwoju osobistego i poznanie nowych zdobyczy dydaktyki języków obcych: od motywacji i praw nią rządzących, przez neurodydaktykę i technologie informacyjne, aż po psycholingwistykę i grywalizację. Jak dobrze sformułować możliwy do realizacji cel? Jak odnaleźć w sobie potencjał do przeprowadzenia zmiany? Jak działa mózg podczas uczenia się i zapamiętywania i kiedy zdobywana wiedza ma szanse na praktyczne zastosowanie? Które narzędzia internetowe wybrać i jak umiejętnie obudować je metodami dydaktycznymi, by służyły, a nie tylko po prostu były? Dlaczego gra i jej elementy są tak ważne dla pokolenia cyfrowych tubylców? Na te wszystkie pytania musi odpowiedzieć sobie każdy nauczyciel, który chciałby się stać coachem językowym.

Cele dalsze i bliższe

Umiejętne rozpoznanie i określenie celu jest najważniejsze dla motywacji. Wracając do porównania „wczoraj” i „dziś”: w latach osiemdziesiątych nauka języka angielskiego, funkcjonując poniekąd w kontrze do otaczającej rzeczywistości, była obietnicą czegoś lepszego, innego, szansy na awans społeczny i elitarność. Dzisiaj podobnych bodźców zewnętrznych brakuje. Dobry coach językowy pomoże taki cel odnaleźć lub określić. Zorientowanie nauki na osiągnięcie celu, który może być zarówno „przyziemny” – jak zdobycie certyfikatu językowego, czy mniej namacalny – jak obietnica lepszego życia i wyższych zarobków (wyjazd do pracy) lub podróż marzeń, jest kluczowa dla lepszej identyfikacji z tym celem, a zatem – lepszej motywacji do nauki. Warto, żeby taki cel był jednocześnie nagrodą. W przypadku języka hiszpańskiego może być to na przykład wyjazd na wakacje do Hiszpanii lub podróż do Ameryki Południowej albo kurs flamenco, jeśli pasjonujemy się tańcem. Nie wszystkie cele muszą być imponujące. Im cel jest bardziej zindywidualizowany, czyli dobrze określony dla konkretnej osoby, tym większa szansa na powodzenie. Pamiętajmy, że – jak powiedział Anthony Robbins[2]: Jeśli masz wystarczająco mocne „dlaczego?”, zawsze znajdziesz odpowiedź na pytanie „jak?”, a także: Kto chce – szuka sposobu. Kto nie chce – szuka powodu[3]. Język powinien być traktowany jako narzędzie, środek, który jest niejako kluczem do osiągnięcia celu nadrzędnego.

Wiedza i umiejętności w coachingu językowym

Coach językowy pomoże również uczniowi lepiej poznać samego siebie. Nie mam tu oczywiście na myśli elementów terapeutycznych – na to na zajęciach językowych nie powinno być miejsca. Chodzi bardziej o poznanie swoich możliwości i ograniczeń – percepcyjnych i społecznych, a także określenie tych obszarów, które wymagają pracy zmierzającej do poprawy. Przykładowo, kanały reprezentacji sensorycznej, czyli rozpoznanie tego, czy jesteśmy bardziej wzrokowcami, słuchowcami, czy kinestetykami (najczęściej jesteśmy po części każdym z wyżej wymienionych, ale jeden kanał jest przeważnie dominujący). W procesie uczenia się takie rozpoznanie i umiejętne dostosowanie do niego odpowiednich metod i technik uczenia się może być kluczowe dla lepszej efektywności nauki. Na zajęciach językowych staramy się „dopieścić” wszystkie kanały po trochu, uważając, by forma nie zaburzyła treści, ucząc jednocześnie naszych uczniów, jak efektywnie przyswajać materiał.

Kolejny temat do zgłębienia to neurodydaktyka, czyli wiedza o nauce przyjaznej mózgowi. Każdy coach językowy powinien być świadom, jakie procesy zachodzą w mózgu podczas uczenia się, na czym polega mielinizacja[4] i kiedy zapamiętujemy coś na dłużej. Zrozumienie funkcjonowania mózgu na etapie akwizycji językowej jest fundamentalne choćby dla umiejętnego nauczania gramatyki każdego języka nowożytnego. Z neurodydaktyką wiąże się jeszcze wiele zagadnień, ale jedno wyróżnia się na tle innych: to wpływ reakcji chemicznych zachodzących w mózgu na poziom naszej motywacji. Jak wpływają na poziom motywacji i ośrodek nagrody układy dopaminergiczne? Kiedy i czy w ogóle karać i w jaki sposób nagradzać? Odpowiedź na te i na wiele innych pytań znajdziemy w książkach poświęconych neurobiologii, psychologii i pedagogice. Pamiętajmy też, że neurony lustrzane naszych uczniów nie śpią w trakcie nauki języka i my, jako nauczyciele, możemy kreować, chcąc nie chcąc, zachowania uczniów – swoim stylem bycia, zwyczajami i przykładem. Wykorzystujmy więc na zajęciach seriale, filmy, muzykę hiszpańską, co nie tylko uwiarygodni nas w oczach uczniów jako specjalistów także od kultury, ale wytworzy w słuchaczach „zdrowe nawyki”, które pomogą im wpleść język obcy w życie codzienne. Bardzo ważne jest, by to, co „głosimy” jako coache, miało pokrycie w naszym codziennym działaniu.

W procesie ustawicznego kształcenia językowego coacha nie może zabraknąć technologii informacyjnych. Praca z cyfrowymi tubylcami wymaga od nas przyjęcia postawy cyfrowych imigrantów (Prensky 2001), czyli tych, którzy muszą „sprostać” technologii, poruszając się poniekąd na obcej ziemi. I tak, w przypadku języka hiszpańskiego, nie do przecenienia są aplikacje webowe typu edmodo.com – dzięki którym można realizować funkcje społecznościowe i integracyjne poza klasą, czy quizlet.com – organizujące i zbierające słownictwo. Od niedawna oszczędzam mnóstwo czasu, który mogę przeznaczyć na zajęciach na rozwijanie najważniejszej kompetencji, czyli mówienia, dzięki aplikacji espadrill.pl, która umożliwia moim uczniom ćwiczenie gramatyki hiszpańskiej w kontekście i dodatkowo mierzy postępy (trwają prace nad wersją w języku angielskim – gramaster.pl). W technologii kluczowe jest umiejętne jej wykorzystywanie, bardziej na zasadzie procesu komplementarnego wobec nauczania niż zastępowania uczenia jako takiego.

Istnieje jeszcze szereg tak zwanych metod wspierających, czyli np. umiejętność właściwego zarządzania czasem, filozofia małych kroków (tzw. filozofia kaizen) czy metoda GTD[5]. Dzięki wejściu na poziom coacha otwiera się przed nami szerokie spektrum możliwości. Zawsze jednak trzeba pamiętać o tym, że adaptacja metod wspierających do nauczania języka obcego ma sens wówczas, gdy połączenie takie ma dodatkowy walor dydaktyczny. Nie zawsze bowiem chodzi o to, by matar dos pájaros de un tiro[6]. Potrzebna jest zatem mindfulness[7], ale to już temat na kolejny artykuł. W naszych poszukiwaniach warto nie zapominać o sednie sprawy: metodyka nauczania języka obcego, codzienna praktyka i dobry warsztat językowy – to podstawy, bez których każdy coach językowy będzie tylko hochsztaplerem.

Powszechne skojarzenia z językiem hiszpańskim nie należą do wysublimowanych. Terminy takie, jak coaching, neurodydaktyka, technologie informacyjne czy rozwój osobisty, nieprędko znajdą się w kanonie asocjacji z językiem hiszpańskim. Czy powinny? Jestem przekonany, że tak. Bo jedna rzecz to nasze wyobrażenie o języku, które, jak już wspomniałem, jest bardzo ważne na etapie pracy z automotywacją, a druga – to po prostu nauka języka obcego jako narzędzia, które może otworzyć nam niejedne drzwi.

Bibliografia

Allen, D. (2005) Ready for Anything. 52 Productivity Principles for Getting Things Done. London: Penguin Books.

Franken, R. E. (2005) Psychologia motywacji. Gdańsk: Gdańskie Wydawnictwo Psychologiczne.

Maurer, R. (2007) Filozofia Kaizen. Jak mały krok może zmienić Twoje życie. Gliwice: Sensus.

Prensky, M. (2001) Digital Natives, Digital Immigrants. Bradford: MCB University Press, vol. 9, nr 5.

Robbins, A. (2008) Obudź w sobie olbrzyma… i miej wpływ na całe swoje życie – od zaraz! Warszawa: Studio EMKA.

Spitzer, M. (2011) Jak uczy się mózg. Warszawa: Wydawnictwo Naukowe PWN.

Zaremba, E. (2013) Superskuteczne strategie opanowania języków obcych. Twój prywatny coach. Gliwice: Helion.

Żylińska, M. (2013) Neurodydaktyka. Nauczanie i uczenie się przyjazne mózgowi. Toruń: Wydawnictwo Naukowe Uniwersytetu Mikołaja Kopernika.



[1] Słownik wydawany przez Królewską Akademię Hiszpańską (hiszp. Real Academia Española), która jest instytucją odpowiedzialną za normatywizację i promowanie języka hiszpańskiego na świecie.

[2] Doradca życiowy, motywujący ludzi poprzez przekazywanie swoich życiowych doświadczeń i wiedzy. Robbins napisał serię motywujących książek, wśród nich takie bestsellery, jak Obudź w sobie olbrzyma czy Olbrzymie kroki. Jego pierwsza książka to Unlimited power (Nieograniczona siła).

[3] Nie znam, niestety, autora tego powiedzenia, ale usłyszałem je piętnaście lat temu na szkoleniu prowadzonym przez Grzegorza Turniaka i pamiętam do dziś.

[4]Dzięki izolacji włókien nerwowych mieliną, (…) prędkość przewodzenia zwiększa się nawet do 110 m/s. (Spitzer 2011:170) Dzięki temu myślimy szybciej i sprawniej.

[5] Od Getting Things Done, dosł. doprowadzanie rzeczy do końca – metoda organizacji pracy, oparta na umiejętnym grupowaniu i zarządzaniu listami zadań. Twórcą metody jest David Allen, który opisał ją w książce Getting Things Done (Allen 2005)

[6] Dosł. zabić dwa ptaki jednym strzałem – upiec dwie pieczenie na jednym ogniu.

[7]Mindfuless jest wysokiej jakości uwagą poświęconą temu co dzieje się w bieżącej chwili w tobie, oraz dookoła ciebie. W telegraficznym uproszczeniu, jest to utracona sztuka robienia jednej rzeczy na raz. (http://www.polski-instytut-mindfulness.pl/o-mindfulness)