Dokąd zmierzasz, polszczyzno (w Unii)?

Numer JOwS: 
str. 4
Logo kampanii "Język polski jest ĄĘ" przygotowanej przez Ogilvy & Mather w 2013 r.

Właśnie mija 10 lat od wstąpienia Polski do Unii Europejskiej. To chyba dobra okazja, by spróbować podsumować to, co przez ostatnią dekadę stało się w języku polskim i z językiem polskim. A że działo się sporo – o tym raczej nie trzeba przekonywać przeciętnych użytkowników języka. Warto zatem przyjrzeć się pewnym nowym tendencjom językowym.

Pobierz artykuł w pliku PDF

Polszczyzna, jak każdy język, stale pozostaje w kontakcie z innymi językami etnicznymi. Polityka, gospodarka, świat wierzeń, wreszcie kultura artystyczna – wszystko to wpływało na kształt polszczyzny doby staro-, średnio- i nowopolskiej. Do dziś mamy w języku polskim obce wyrazy, formy fleksyjne, konstrukcje składniowe czy wzorce słowotwórcze. I nie należy z tego powodu wcale rozpaczać. Między innymi właśnie dzięki kontaktom językowym i zapożyczeniom polszczyzna mogła się rozwijać.

Im bardziej język jest wystawiony na kontakty z językami, m.in. państw ościennych, tym bardziej prawdopodobne będzie przejmowanie z tych języków różnych elementów ich systemu. Z im większą też estymą traktuje się język dawcy, tym obficiej język biorcy będzie nasycony wyrazami i konstrukcjami z tego pierwszego języka. Tak jak w XVII wieku całymi garściami czerpano z łaciny i makaronizowano polskie teksty (jak choćby w Pamiętnikach Jana Chryzostoma Paska), tak w wieku XX, a zwłaszcza w XXI, Polacy częściej oglądają się na język angielski i chętnie (choć raczej bezmyślnie) wykorzystują jego wzorce.

Oczywiście nie jest to myśl odkrywcza. Ale już nie wszyscy wiedzą, że język angielski wcale nie zaczął zmieniać polszczyzny dopiero po 1989 r. Pierwsza duża fala anglicyzmów przyszła zaraz po odzyskaniu niepodległości w 1918 r. (por. Mańczak-Wohlfeld 1995). Wtedy nie widziano w tym zagrożenia, gdyż dużo istotniejsze było rugowanie z polszczyzny naleciałości niemieckich i rosyjskich, czyli języków państw zaborczych. Dziś jednak germanizacja i rusyfikacja nam nie grozi. Ale czy grozi nam anglicyzacja? Zwłaszcza w chwili, kiedy granice RP są otwarte dla wszystkich obywateli Unii Europejskiej, a język angielski bez wątpienia jest w Unii lingua franca?

Warto prześledzić (choćby pobieżnie) te dziedziny życia, na które język angielski oddziałuje najsilniej. Tak jak warto zastanowić się, co dobrego przynoszą nam kontakty polityczne, gospodarcze i kulturalne w ramach Unii Europejskiej, w której Polska znajduje się od dziesięciu lat.

Urzędy w Unii, Unia w urzędach

Niewątpliwie sfera urzędnicza jest jedną z najbardziej dotkniętych przez konstrukcje angielskie, powszechne w nomenklaturze unijnej. Mówiąc dosadnie – styl urzędowy jest najbardziej narażony na działanie eurożargonu czy, brutalniej – eurobełkotu (Miodek i in. 2010:8). Dzieje się tak dlatego, że coraz częściej dokumenty urzędowe tworzone w Polsce są pochodną przepisów ustalanych w Brukseli. Dlatego Unia staje się wyrocznią – najpierw administracyjną, a z czasem też i językową. Nawet jeśli do Polski te dokumenty docierają w wersji spolszczonej, często są wynikiem mało udanych tłumaczeń z języka angielskiego. Za tym zaś idą biurokratyczne wzorce myślenia. Niezrozumiałość tekstów angielskich produkowanych w instytucjach unijnych przekłada się następnie na dokumenty polskie (Miodek i in. 2010:7). Równie częste jest manieryczne stosowanie zwrotów obcojęzycznych lub przekalkowanych, choć akurat ten problem nie jest tylko wynikiem wstąpienia Polski do Unii Europejskiej, lecz przede wszystkim efektem ulegania modzie językowej (por. np. Miodunka 1999).

Dlaczego jednak akurat środowisko urzędnicze tak często ulega wpływom angielszczyzny? Dla jednych będzie to ewidentna czołobitność pracowników administracji wobec słowa pisanego, „uświęconego” pieczęciami instytucji unijnych. Stąd nie ma mowy, by w projektach unijnych rezygnować z akredytacji, alokacji, aplikowania, ewaluatora, indykatywnego terminu, monitoringu projektów, okresów programowania, rundy aplikacyjnej itd. Takich słów i wyrażeń albo przed 2004 r. w polszczyźnie nie było, albo też funkcjonowały jedynie w tekstach wysoko wyspecjalizowanych. W tekstach kierowanych do szerszego grona odbiorców mogły wystąpić takie frazy, jak: uprawnienie, rozdysponowanie, ubieganie się o coś, osoba kontrolująca (badająca), orientacyjny termin, nadzorowanie projektów, lata obowiązywania programów czy czas na składanie wniosków.

Skoro więc już przytoczone powyżej wyrażenia nie występowały, dlaczego po wejściu Polski do Unii Europejskiej tak licznie zasiliły styl urzędowy? Powodów można wskazać co najmniej trzy. Pierwszy z nich jest zbieżny z tym, czego doświadczali poeci i pisarze choćby czasów baroku. Wtedy za atrakcyjniejszy od języka polskiego uznawano język łaciński. Dziś dominuje angielszczyzna, do której sięgamy nader chętnie. Drugi powód związany jest z tym, że urzędnicy często po prostu obawiają się zmieniać cokolwiek w pismach, które zostały przyjęte przez gremia unijne. Stąd pozostajemy przy obcych wzorach, mimo że w polszczyźnie dość łatwo jest znaleźć lepszy odpowiednik danego rzeczownika czy przymiotnika. Po trzecie wreszcie, przedstawiciele urzędów często mylnie zakładają, że stopień rozpowszechnienia wśród Polaków takich wyrazów, jak beneficjent, ewaluacja czy aplikować, jest tak duży, że nie ma potrzeby ich wyjaśniania. Urzędnikom zaś łatwiej posługiwać się takimi konstrukcjami, gdyż w języku środowiskowym podobne słowa dominują bądź są jedynym sposobem na określanie danego stanu rzeczy. Uleganie modzie językowej, choć szkodliwe, jest powszechne. Nie omija więc pracowników sfery urzędniczej. A zwłaszcza eurourzędniczej.

W ostatnich latach można także zauważyć pewną niebezpieczną tendencję językową wśród pracowników administracji. Zdarza się, że przedstawiciele urzędów wyższego rzędu rugują proste polskie wyrazy, konstrukcje i zastępują je konstrukcjami obcymi w przekonaniu, że styl urzędowy musi mieć koturnowy kształt. Co więcej, osoby i instytucje ubiegające się o środki unijne (a nie aplikujące o nie) mogą być gorzej oceniane przez członków odpowiednich komisji (czyli np. komitetów sterujących), jeśli nie zastosują w swoich wnioskach (czyli aplikacjach) odpowiednich sformułowań. To jest już sprawa niebezpieczna, zmusza bowiem autorów takich wniosków czy opracowań do wkraczania na drogę szablonu urzędniczego.

Język środowisk eurourzędniczych oddziałuje nie tylko na leksykę. Pod wpływem opracowań z UE zmienia się sposób funkcjonowania w polszczyźnie wielkiej litery. Tendencja do jej nadużywania jest znana od dekad (Markowski 2007:2-13), jednak wraz z rozpoczęciem integracji Polski z Unią Europejską przejęto również pewne wzorce ortograficzne. I tak, często w zapisach polskich można znaleźć takie konstrukcje, jak Traktat Lizboński/Amsterdamski/Nicejski, Strategia Rozwoju Kraju, Działanie 7.1, Priorytet V. W żadnej z nich jednak wielka litera nie jest potrzebna (inaczej niż to jest choćby w języku angielskim). Podobnie też często spotyka się stosowanie angielskich cudzysłowów (prostych, o kształcie “ “), a nie polskich („”). Są to oczywiście drobiazgi, ale dość wyraźnie pokazujące, jak wzory obce oddziałują na polszczyznę.

Trzeba jednak pamiętać, że na polszczyznę urzędową wcale nie muszą wpływać tylko anglicyzmy. Równie istotne, a może nawet istotniejsze, jest stosowanie przez Polaków wyrazów o charakterze międzynarodowym, czyli internacjonalizmów. Dziś najmocniej oddziałują na nas nie same wyrazy, ale ich treść, a dokładniej wybrane znaczenia tych wyrazów. To pod wpływem obcych wzorów powstają w polszczyźnie dodatkowe wartości semantyczne tych słów, które były do tej pory stosowane w wąskim zakresie (por. Markowski 2004). Zjawisko to było znane już przed wejściem Polski do Unii Europejskiej (Maćkiewicz 2001), ale po otwarciu się na środowiska unijne przybrało na sile. Oprócz neosemantyzmów typu kondycja (stan, położenie czegoś lub kogoś, np. kondycja przedsiębiorstw, polskiej gospodarki) spotykamy dziś np. inspirację w znaczeniu osoby inicjującej coś (ktoś stał się inspiracją podjętych działań), horyzontalne plany i działania, czyli szerokie, różnorodne itd., czy certyfikat zamiast zaświadczenia albo dyplomu.