Pochwała powolności, czyli język obcy udomowiony

Numer JOwS: 
str. 26

W pierwszym z serii tekstów inspirowanych metodą deDOMO próbujemy pokazać na nowo trudną sytuację ucznia zmagającego się z obcością języka obcego. Analizujemy źródła tej obcości i przekonujemy, że zasługują one na naszą empatię jako edukatorów. Wprowadzamy też pojęcie udomowienia języka obcego jako alternatywy dla tradycyjnego uczenia (się).

Pobierz artykuł w pliku PDF

Tytuł tego artykułu wymaga pilnego wyjaśnienia. Udomowić można dzikie zwierzę, ale język obcy? W ogóle czemu właściwie język obcy miałby wymagać udomowienia, cokolwiek to znaczy? I dlaczego miałby czytać o tym nauczyciel języka obcego pracujący przecież w szkole, a nie w domu?

Szkoła to nie drugi dom

Zacznijmy od odpowiedzi na ostatnie z tych pytań, by przekonać czytelnika profesjonalistę, że udomowienie to potencjalnie znakomita strategia do wykorzystania także poza domem, w nowoczesnym programie języka obcego, zwłaszcza w przypadku młodszych uczniów. Moim zdaniem, nawet najlepszy nauczyciel języka obcego może się wiele nauczyć od tych, których skuteczność w uczeniu języka jest powszechnie znana i w zasadzie stuprocentowa, czyli od… rodziców. Uprzedzając wzruszenie ramion czytelnika spowodowane faktem, że – co oczywiste – mama i tata uczą swoje dziecko nie obcego, lecz ojczystego języka, zapytam od razu: czy dla niemowlęcia jego pierwszy język, zanim stanie się ojczysty, nie jest także obcy?

Do samego pojęcia obcości wrócimy za chwilę, na razie skupmy się na kwestii skuteczności. Jest poniekąd irytujące, że pomimo ogromnej liczby badań prowadzonych od wielu dziesięcioleci i zbiorowego wysiłku intelektualnego niezliczonej liczby specjalistów nie możemy nawet pomarzyć o efektywności stosowanych powszechnie metod nauczania, która byłaby porównywalna z sukcesem nieprofesjonalistów, czyli zwykłych rodziców, i to mimo braku u nich zarówno znajomości psycholingwistyki, jak i mniejszych czy większych luk w wiedzy o języku ojczystym. Rodzice nie tylko osiągają nieporównanie lepsze rezultaty, ale także odruchowo wypytują swoje dzieci o efekty nauki szkolnej – oczywiście posługując się przy tym całkowicie nienaukowymi metodami. Typowy scenariusz takiego badania, przeprowadzanego po odebraniu dziecka ze szkoły, wygląda mnie więcej tak:

Mama/Tata:     A co było dziś na angielskim?

Dziecko:         [a] Nic…        [b] Nie pamiętam…

Obydwie odpowiedzi są oczywiście frustrujące – i to nie tylko dla rodziców. Niestety dzieci robią nam, nauczycielom angielskiego czy innego języka obcego, fatalny PR po prostu! Przy czym nie chodzi tylko o rozczarowanie tej czy innej dociekliwej mamy albo ambitnego taty. Język obcy generalnie słabo trzyma się uczniowskich głów, czego bolesnym dowodem są opublikowane ostatnio wyniki ogólnoeuropejskiego badania poziomu kompetencji w zakresie języka obcego, osiąganego przez 15-/16-latki. Pomiar przeprowadzono w 16 krajach europejskich, badaniem objęto ok. 54 000 nastolatków w ostatnim roku III etapu kształcenia lub w pierwszym roku IV etapu. Raport końcowy, zatytułowany European Survey on Language Competences[1], jest dla polskiej szkoły zawstydzający. Polskie nastolatki plasują się na niechlubnym 4., 3. i 2. miejscu od końca, w zależności od badanej umiejętności językowej. Zasmucające jest nawet nie tyle fatalne miejsce w europejskim rankingu, ile fakt, że ponad 25 proc. polskich nastolatków po 6 latach obowiązkowej nauki angielskiego nie osiąga w sprawności czytania nawet najniższego mierzalnego poziomu, czyli A1 (to daje nam właśnie przedostanie miejsce w eurorankingu ESLC, daleko w tyle za np. Bułgarią czy Chorwacją, a gorsi od nas są jedynie Francuzi).

Pora tu jednak nie na uskarżanie się, lecz na krytyczną refleksję i pytanie o przyczynę tej uczniowskiej amnezji. Według mnie uczeń twierdzi, że nic nie pamięta z lekcji języka obcego, gdyż… jego mózg nie ma żadnego przekonującego dla dziecka powodu, by przerabiany właśnie materiał językowy zapamiętać. Nawiązując do tytułu niniejszego tekstu, jest to dla dziecka język naprawdę obcy – albo, mówiąc inaczej, nieudomowiony. I w moim głębokim przekonaniu problem naprawdę tkwi w tym, że szkoła to nie drugi dom. Lub, co może znacznie ważniejsze i ciekawsze dla nas jako pedagogów, dom to nie druga szkoła! Co takiego zatem jest w zwyczajnym domu, czego nie ma nawet w dobrej szkole?

Język z mlekiem matki

Pora poważnie zastanowić się nad tym, na czym zasadza się opisany wyżej fenomenalny sukces edukacyjny, jaki obserwujemy w praktycznie każdym domu. I co sprawia, że słówka, zwroty i dźwięki pierwszego języka wszystkim dzieciakom trafiają w ucho i na trwałe zapisują się w mózgowych zwojach, gotowe do natychmiastowego użycia, gdy są potrzebne. Oczywiście cały czas mając na uwadze kwestię, czy i do jakiego stopnia to coś (co, jak czytelnik z pewnością się domyśla, nazywać będziemy poniżej udomowieniem) da się zaadaptować na grunt szkolnej dydaktyki.

Aby to sobie uzmysłowić, powróćmy na chwilę do kluczowej obserwacji. W pierwszych miesiącach, a nawet latach naszego życia pierwszy język jest dla każdego z nas obcy – ani go nie rozumiemy, ani tym bardziej nie jesteśmy w stanie się nim posługiwać. Jego przyswojenie to efekt setek, nawet tysięcy godzin naturalnej, spontanicznej ekspozycji w rutynowych, codziennych sytuacjach domowych. Co bardzo ważne dla pojęcia udomowienia, które wprowadzimy poniżej, przyswojenie języka nie może dokonać się w ciemnym pomieszczeniu, ani przed ekranem telewizora czy nawet komputera[2]. Kluczowy jest aktywny udział mamy, taty, babci czy opiekunki. Pokazują to dobitnie badania neurolingwistyczne nad rozwojem kompetencji fonologicznej niemowląt, prowadzone m.in. przez Patricię Kuhl[3]. Naprawdę wysysamy język ojczysty z mlekiem matki (z tego punktu widzenia angielskie określenie mother tongue wydaje się bardziej adekwatne)! Cytowany powyżej Carl Honore przywołuje wnioski Ellen Bialystock (University of York w Kanadzie), światowego autorytetu w dziedzinie badań nad dwujęzycznością: Prawda jest taka, że nie ma łatwego sposobu uczenia się języka – trzeba nim żyć […] jeść go i oddychać nim (Honore 2011:49). Jeść język to prawie synonim wysysania z mlekiem matki, przy czym domowe interakcje językowe dokonują się nie tylko przy okazji posiłków. Równie ważne są pozostałe domowe sytuacje dnia codziennego, takie jak ubieranie się, mycie, szukanie zagubionych zabawek, odprowadzanie do i ze szkoły czy przedszkola, sprzątanie, wspólne zabawy na dywanie, czy układanie do snu. Są to krytycznie ważne doświadczenia dla młodego organizmu, w których integrują się cyklicznie, w domowym rytmie dnia, konteksty sytuacyjne i przynależne im rutynowo akty językowe. I ta cykliczna integracja, sytuacyjne zakotwiczenie wybranych jednostek języka przesądza o ich oswojeniu czy udomowieniu.