Granice mojego języka

Numer JOwS: 
str. 103
Il. Dorota Zajączkowska

Pamiętam pierwszy moment swojej świadomości językowej. Było to jeszcze w szkole podstawowej, na lekcji języka polskiego. Podpisując zeszyty, miałam zwyczaj wpisywania na pierwszej stronie „złotej myśli”, która nawiązywałaby do danego przedmiotu. I dokładnie pamiętam, że w zeszycie do języka polskiego, w ósmej klasie szkoły podstawowej, wpisałam słowa Ludwiga Wittgensteina: „Granice mojego języka są granicami mojego świata”.

Wtedy jeszcze nie wiedziałam, jak bolesne i dotkliwe może być doświadczanie tych granic. Ja, z moim wrodzonym talentem do barwnego wyrażania siebie za pomocą bogatego słownictwa w języku ojczystym (gadulstwo?), musiałam się nauczyć pokory językowej, a ona stała się dla mnie siłą motywującą do porozumiewania się w języku obcym, którego nie znałam – na miarę swoich możliwości. Ani w szkole podstawowej, ani w średniej nie uczyłam się języka angielskiego, tylko rosyjskiego i niemieckiego, i to z mało satysfakcjonującymi efektami. Tymczasem na drugim roku studiów pojawiła się szansa rocznego wyjazdu do USA, do szkoły waldorfskiej, w roli opiekunki-wolontariuszki dla dzieci z niepełnosprawnościami. Pomyślałam wtedy, że ten wyjazd będzie dla mnie rozwojowy pod wieloma względami, a językowym szczególnie. Nie myliłam się, ale nie wiedziałam jeszcze wtedy, jaką drogę będę musiała przejść. Z dzisiejszej perspektywy nie wiem, czy ta spontaniczna decyzja to był akt odwagi, czy braku wyobraźni. A może to po prostu siła młodości? Nigdy jednak swojej decyzji nie żałowałam i do dzisiaj namawiam studentów, z którymi pracuję, do tego typu wyjazdów podczas studiów, tym bardziej, że obecnie jest o wiele więcej możliwości (program Erasmus+).

Kiedy podejmowałam decyzję o wyjeździe, kierowały mną entuzjazm oraz ciekawość, dające mi siłę do błyskawicznego nauczenia się podstawowych wyrażeń w języku angielskim. Motywacja tego typu może zdziałać cuda. Bardzo pomogła mi koleżanka, która malowała dla mnie karty z przedmiotami codziennego użytku i angielskimi nazwami owych przedmiotów: spoon, knife, fork. Oprócz tych kart miałam ze sobą uniwersalny, optymistycznie żółty słownik wydawnictwa Langenscheidt, który stał się moim nieodłącznym towarzyszem na wiele długich miesięcy. I jeszcze coś! Co, jak się okazało, było najważniejsze! To odwaga do popełniania błędów i przeogromna chęć porozumienia się z innymi. I tak, wsiadając do samolotu do wymarzonego celu – Nowego Jorku, zdecydowałam się na kurs języka angielskiego (amerykańskiego) u najlepszych nauczycieli, jakich można sobie wyobrazić. „Pani Pokora”, „Pani Cierpliwość” oraz „Pan Życie” zajęli się mną najlepiej, jak potrafili, a lekcji, które dla mnie przeprowadzili, nigdy nie zapomnę. A oto kilka z tych, które zapamiętałam najlepiej, i wracam do nich z ogromnym sentymentem. 

LEKCJA 1.

„Big green bag”, czyli zagubiony bagaż na lotnisku i przeprawa przez urząd imigracyjny. Dlaczego akurat mój bagaż zaginął? Na to pytanie pewnie najlepiej odpowie mój nauczyciel o imieniu Życie. Pierwsza myśl: „Don’t panic”. Historyjka niczym symulacja jednego z podstawowych ćwiczeń w podręczniku do nauki niemal każdego języka obcego. Prawie wcale nie znając języka angielskiego, przy użyciu rąk (big) i wskazywaniu koloru ulubionego sweterka, udało mi się dokonać zgłoszenia zaginięcia bagażu i z sukcesem go odzyskać następnego dnia.

LEKCJA 2.

Konfrontacja z dziećmi, czyli „Take on your shoes and put off your slippers”. Tę lekcję odebrałam od Pani o imieniu Cierpliwość. Jak już wspomniałam, pojechałam do USA, by opiekować się dziećmi z niepełnosprawnościami. Tymczasem to właśnie owe dzieci, zwłaszcza na początku pobytu, stały się dla mnie ogromnym wsparciem. Dzieci słuchały mnie i mojego nielogicznego take on i put off z politowaniem, ale też wykazały się ogromną cierpliwością w poprawianiu mnie. Nie sposób zliczyć, ile razy popełniłam ten właśnie błąd. Wtedy zrozumiałam, że dzieci są najlepszymi nauczycielami języka obcego!

LEKCJA 3.

Odwiedziny rodziców i pierwsza satysfakcja: „Lucky, lucky me”. Tę lekcję wspominam z największym sentymentem. Po trzech miesiącach pobytu w USA nadeszła chwila oddechu. Do dzieci, którymi opiekowaliśmy się 24 godziny na dobę, przyjechali w odwiedziny rodzice. Jak się okazało, niejednokrotnie mieli oni ogromny problem, by zrozumieć, co mówią ich dzieci (ze względu na poważne zniekształcenia i wady wymowy). I wtedy przeżyłam pierwszy moment niezwykłej satysfakcji – gdy to ja stałam się „tłumaczką”, bo przebywając z dziećmi, dokładnie znałam ich sposób porozumiewania się. Po raz kolejny przekonałam się więc o tym, jak wiele można się nauczyć dzięki dzieciom.

LEKCJA 4.

Kurs językowy w grupie międzynarodowej i „Streets of Philadelphia”. Z inicjatywy kierownictwa szkoły waldorfskiej, w której pracowałam, został zorganizowany kurs językowy dla coworkerów takich jak ja, czyli osób słabo porozumiewających się w języku angielskim. Była to kameralna grupa międzynarodowa (Japonka, Rumunka, Węgier, Niemiec, Rosjanin, Kazach oraz Polka, czyli ja). Nasz nauczyciel uczył nas, posiłkując się przede wszystkim tekstami piosnek. Jedną z nich była piosenka Bruce’a Springsteena Streets of Philadelphia. Ileż radości sprawiło mi poznawanie nowych angielskich słów oraz różnorakich kontekstów czy też językowych niuansów. A wisienką na torcie była wspólna wyprawa z naszym nauczycielem do jednego z pubów w Phili. Cóż to był za wieczór!

LEKCJA 5.

„New Year's Eve in New York”, czyli srebrna łyżeczka w metrze. Po kilku miesiącach wytężonej pracy (ale też nauki) nadszedł czas wytchnienia i wakacji, które zdecydowaliśmy się spędzić w Nowym Jorku. Most Brookliński, Central Park, Statua Wolności – czyli wiele wrażeń i emocji. Nie ma nic lepszego niż żywy kontakt z językiem obcym i poznawanie go w każdym niemal zakątku codzienności. Choć hasło „podróże kształcą” brzmi banalnie, to jest ono prawdziwe i nigdy nie zapomnę tego, ile radości dawało mi odkrywanie znaczenia napisów na budynkach, w metrze, odczytywanie haseł reklamowych czy billboardów. Jedno takie zdanie zabrałam ze sobą i noszę je do dzisiaj: Some people are born with silver spoons in their mouths. Others are still waiting for something more. Ja cieszę się swoją łyżeczką i nie czekam na więcej, tylko sama staram się dostrzegać jak najwięcej możliwości i wykorzystywać je jak najlepiej.

LEKCJA 6.

„Stepmom” – pierwszy zrozumiany film i łzy szczęścia. Kolejna prawda oczywista to stwierdzenie, że bardzo dużym wsparciem w nauce języka obcego jest oglądanie filmów i programów telewizyjnych w tym języku. To znaczące w mojej biografii językowej. Po kilku miesiącach pobytu w Stanach, podczas jednego z seansów filmowych w języku angielskim odkryłam, że zrozumiałam cały film. Był to film Stepmom i do dzisiaj nie wiem, czy łzy, które mi wtedy popłynęły, były wywołane przez poruszającą fabułę filmu, czy przez wzruszenie wywołane świadomością, że oto właśnie w pełni zrozumiałam pierwszy film w języku angielskim…

LEKCJA 7.

„Where are you from?”, czyli bigos i śledzie. Na koniec nie sposób nie podzielić się jeszcze jedną prawdą objawioną w kontekście nauki języków obcych. Dotyczy ona otwartości i odwagi do wyrażania siebie mimo popełniania błędów. Nie zapomnę przypadkowych spotkań w autobusach, w metrze czy na ulicach zwiedzanych miast, kiedy to przyjaźni i bardzo otwarci Amerykanie inicjowali rozmowę i dopytywali o to, skąd jestem i dlaczego przyjechałam, przy okazji dzieląc się swoimi skojarzeniami z Polską. To były wspaniałe lekcje języka, które nigdy by się nie odbyły, gdyby nie wzajemna otwartość, ale też odwaga do popełniania błędów. I tego właśnie z całego serca życzę wszystkim tym, którzy pragną nauczyć się języka obcego, żeby nie musieć doświadczać granic swojego świata.